[WYWIAD] „Jeśli masz siedmiu członków zamiast pięciu, każdy musi zrobić krok wstecz, by dać przestrzeń dla innych” – rozmowa z Helloween
Niemiecka legenda metalu Helloween świętuje 40-lecie działalności nie tylko bogatą kompilacją najlepszych utworów, ale przede wszystkim nowym albumem zatytułowanym „Giants & Monsters” oraz rocznicową trasą koncertową, która zawita także do Polski – 28 października zagra w katowickim „Spodku”. Z tej okazji miałem przyjemność porozmawiać z gitarzystą grupy, Saschą Gerstnerem, który opowiedział mi nie tylko o wspomnianych wydawnictwach, ale przede wszystkim przybliżył nieco obraz życia wewnątrz zespołu.
MM: „Giants & Monsters” jest niejako kontynuacją dla płyty „Helloween” z 2021 roku, nawet kiedy patrzy na jej okładkę, to jest trochę podobna. Odnosząc się do tytułu – które twory są ważniejsze w świecie Helloween – giganci, czy potwory?
SG: To dobra pytanie. Powiedziałbym – i to jest tylko moja osobista, metaforyczna myśl na ten temat – że giganty mogą być czymś, co chcesz osiągnąć w życiu, a potwory próbują Cię przed tym powstrzymać. Możesz używać tego przykładu do wszystkiego – nawet do świata wewnątrz-zespołowego. Zawsze jest coś, co chcesz osiągnąć, a okoliczności chcą Cię od tego odwieźć. Ale na szczęście tym razem nie mieliśmy żadnych problemów z wyborem tytułu płyty. Wyraża on znacznie bardziej naszą jedność zespołową, niż bywało to wcześniej.
MM: Pytam, ponieważ piosenki na niej zawarte tak pod kątem tytułów, jak i zawartości tekstowej, opowiadają o kreatorze, bogu, uniwersum. Jak można przyrównać to go gigantów i potworów?
SG: To jest dobry punkt odniesienia. Weźmy uniwersum, w którym wszystko jest połączone. Robisz coś i rezultat pojawia się gdzieś indziej – może tak być, albo nie. To samo odnosi się do gigantów i potworów. Jeśli gigant jest czymś, co chcesz osiągnąć w życiu i jednocześnie masz demony, z którymi walczysz. Zawsze jest coś, co musisz mieć po przeciwnej stronie, by się do tego odnieść. I na tym polega koncept, że masz jedną rzecz, którą chcesz osiągnąć, i coś, co jest po przeciwnej stronie. Może traktować to jako dobro i zło. Jeśli wszystko jest połączone, możesz mieć zawsze obydwie części – możesz być gigantem, ale możesz być jednocześnie potworem w tym samym czasie. To zależy od perspektywy. Miałem teraz kilka wywiadów z dziennikarzami z amerykańskich magazynów muzycznych i ludzie stamtąd mówili, że jestem potworem gitary (śmiech). Myślę, że szczególnie w świecie metalu wątek dobra i zła jest obecny od zawsze, ale uważam, że wszystko jest połączone z życiem. Tytuł tej płyty nie jest daleki od muzyki. Świetnie to podsumowałeś, ale kiedy ten album został ukończony, nawet nie mieliśmy dla niego konceptu. Nie podchodziliśmy do tego na zasadzie: w porządku, wszystkie teksty muszą być wokół pewnego tematu. Tak też było przy poprzednich płytach. Dopiero po czasie wyłaniał się z nich jakiś kontekst. Nigdy nie jestem zaskoczony tekstami, które piszą Michael (Kiske – przyp. MM) i Andi (Deris – przyp. MM), bo to są tematy, o których rozmawiamy, kiedy jesteśmy w trasie. Rozmawiamy wtedy o różnych rzeczach, będąc w pewnych etapach naszego życia i potem wyrażamy to artystycznie także w tekstach. Wydaje mi się to zabawne, że czasami nasze albumy wyglądają jak koncepcyjne i fani nadają tym konceptom ogromnego znaczenia. A nam to wszystko wychodzi naturalnie – bez planowania.
MM: Andi wspominał, że ważną piosenką na albumie dla niego jest „Tokio”. Wiem, że to symbol nie tylko miasta, ale całej Japonii, A czy Ty masz taką piosenkę na tym albumie?
SG: O stary! Muszę powiedzieć, że tworzenie tego albumu, to była długa podróż. Nawet nie przeprocesowałem jeszcze, czym on będzie dla mnie w przyszłości. Dam Ci przykład: pierwszy album, który zrobiłem z Halloween, to „Rabbit Don’t Come Easy” (wydany w 2003 r. – przyp. MM) i w tamtym czasie to był moment zmieniający moje życie. Byłem naprawdę naiwny, i nie miałem pojęcia, co się następnie wydarzy. Zawsze jest trudno mieć nowych ludzi w zespole, więc album otrzymał mieszane recenzje. A teraz, gdy go słucham, myślę, że jest naprawdę dobry. Nie miałem takiego poczucia w czasie, kiedy go skończyliśmy, ponieważ w trakcie produkcji, tworzysz coś na kształt wielkiego obrazu. Czasami musisz zrobić kilka kroków wstecz, by spojrzeć na to i zobaczyć, czym to się stało. A w przypadku „Giants & Monsters” łatwiej mi mówić o atmosferze, jaka nam towarzyszyła i wibracjach w zespole w tym czasie. Natomiast spontanicznie odpowiadając na Twoje pytanie – mógłbym wskazać np. „Saviour Of The World”, ponieważ jest dla mnie typową piosenką Helloween, która do mnie trafia. Nie jestem w stanie jednak wybrać z czystym sumieniem jednego numeru z tej płyty, który byłby dla mnie najważniejszy.
MM: A ja nie mogę ustalić, które solówki są Twoje w poszczególnych utworach. Wydaje mi się, że tych w „Universe (Gravity For Hearts)” jest ich najwięcej, bo utwór ma ponad 8 minut.
SG: Cóż, wszyscy gramy tam solówki (śmiech). To utwór mojego autorstwa, więc starałem się dać wiele przestrzeni do solówek gitarowych. Jest jedna wskazówka, którą zatwardziali fani Helloween znają. Kiedy słuchasz naszych płyt na słuchawkach, moje partie słychać, głównie po lewej stronie. Po prawej stronie usłyszysz Kaia (Hansena – przyp. MM) lub Michaela (Weikatha – przyp. MM). Tak nagrywamy to najczęściej, choć to zależy od piosenki, bo może być przecież tylko jedna solówka. Zazwyczaj są jednak dwie – zdublowane lub jedna po drugiej. To zresztą przypomina nasze ustawienie na scenie – ja jestem na lewej stronie i Kai jest na prawej, więc tak to rozprzestrzeniamy na albumach.
MM: Chciałbym też zapytać o piosenkę zamykającą płytę, czyli „Majestic”. Jest to naprawdę wielki i epicki utwór.
SG: Napisał go Kai. Bardzo trafnie to opisałeś. Dla nas płyta to podróż. Każdą układamy tak, by miała właśnie taki charakter. Wiele zespołów nagrywa płyty z wypełniaczami.
MM: To nie dotyczy Helloween.
SG: Właśnie! Na poprzednim albumie taką piosenką, również zresztą autorstwa Kaia, była „Skyfall”. To już stało trochę tradycją, żeby tak zrobić.
MM: Na początku wspomniałem także o okładce „Giants & Monsters”. Czy ona jest jakoś powiązana z tą z „Helloween” z 2021 r.?
SG: Tak, ponieważ współpracowaliśmy z tym samym artystą, który malował obie okładki (chodzi o Elirana Kantora, który stworzył także okładki płyt dla m.in. Soulfy, Testament, Bloodbath, czy Sodom – przyp. MM). Byliśmy bardzo zadowoleni z okładki poprzedniego albumu. Odezwaliśmy się do wielu różnych artystów, żeby stworzyć coś dla tej płyty albumu i Eliran Kantor również był w tym gronie. Ostatecznie jego obraz ponownie nas przekonał.
MM: 40 lat istnienia Helloween i 23, które spędziłeś w jego składzie. Jak to było, kiedy dołączyłeś do zespołu, ponieważ wydaje mi się w tamtym czasie, czyli w 2002 r. power metal był inaczej postrzegany, niż jest teraz?
SG: Wiesz co, nigdy nie przywiązywałem się do terminu power metal. Dla mnie to wszystko zawsze było heavy metalem. Nie miałem świadomości całej tej podgatunkowości i niszy wewnątrzgatunkowych – nawet gdy byłem w zespole Freedom Call, z którym pierwsze działania podjąłem w roku 1998. Dla mnie to zawsze była wielka rodzina heavy metalowych bandów. Wszystkie one były dla mnie po prostu metalem. Ale to od Ciebie mogę się dowiedzieć, jak to się zmieniło dla ciebie od, powiedzmy lat 90.?
MM: Myślę, że power metal wrócił do głównego nurtu metalowego w ciągu ostatnich kilkunastu lat, bo w latach 90., był uznawany za relikt lat 80. Dopiero w nowym millenium zaczęło się to odwracać i wiele zespołów jak Blind Guardian, czy Primal Fear wróciło do łask. Helloween też jest tego dobrym przykładem, ponieważ nadal występujecie na głównych scenach wielu festiwalach, gracie w swoje własne, dość duże trasy, jak chociażby ta nadchodząca z okazji 40-lecia – tak to wygląda z mojej perspektywy.
SG: Zrobiłeś idealne podsumowanie – myślę, że w latach 90. wszystko, co było w osadzone latach 80., było dla ludzi niestrawialne. Chcieli zmiany. A dla mnie dobra muzyka to dobra muzyka. I jeśli jako zespół tworzycie cały czas dobrą muzykę, w końcu i ona doczeka się powrotu na jakiś czas.
MM: Parę miesięcy temu ukazała się kompilacja „March Of Time – The Best Of 40 Years”, licząca 3 płyty i zawierająca łącznie 42 utwory. Czy kompilowaliście ją zespołowo, czy zajęli się tym ludzie z wytwórni płytowej?
SG: To była praca pomiędzy naszym managementem i wytwórnią.To nie my siedzieliśmy i wybieraliśmy ten zestaw – zostawiliśmy to managementowi. Nie chcemy walczyć o takie rzeczy między sobą w zespole, bo z takim dużym katalogiem, nie wiesz, jakie są ulubione piosenki każdego z nas. Dobrane zostały więc według odsłuchów z platform streamingowych. I tak – to te utwory, które są najpopularniejsze. Poza tym – musiały się tam znaleźć również klasyki. Ta kompilacja, to rozciągnięcie w czasie celebracji 40-lecia zespołu. A dokładając do tego nowy album i trasę rocznicową – poszerzamy spectrum naszego działania.
MM: Muszę Cię zapytać o jeszcze jedną kwestię, bo nie znalazłem na to nigdzie odpowiedzi – między płytami „My God-Given Right” i „Helloween” było sześć lat przerwy. Kai i Michael wrócili do zespołu w 2016 r., ale dlaczego nagranie płyty ze nowym-starym składem trwało tak długo?
SG: Ponieważ nie wiedzieliśmy, że i czy chcemy tworzyć album. Najpierw chcieliśmy zagrać razem trasę i zobaczyć, czy jesteśmy w stanie stać się znowu zespołem. A trasa to jest brak snu, mnóstwo rzeczy pomiędzy samymi koncertami… Zespół musi złapać swoją wibrację, by nagrywać album. Gdy ja dołączyłem do Helloween, „Rabbit Don’t Come Easy” był już złożony, a nadal nie czuło się, że jest to prawdziwy zespół… Dlatego zawsze uważałem, że wspólne koncertowanie jest najlepszym sposobem, by być bardziej zjednoczyć i zintegrować. A z Kaiem i Michaelem najpierw zagraliśmy reunion tour, a dopiero po niej doszliśmy do wniosku, że możemy nagrać razem płytę.
MM: Widziałem Wasz koncert na tej trasie, który zagraliście w Hali na Kole w Warszawie w 2017 r. To był bardzo długi set – zagraliście ponad dwadzieścia numerów. Myślałem, że po tej trasie pojawi się nowa płyta.
SG: Tak, ale potem była pandemia. Kończyliśmy płytę, a następnie musieliśmy wstrzymać jej wydanie, bo nie mogliśmy ruszyć w trasę. Nie ma sensu wypuszczać albumu wcześniej i potem nie móc jechać w trasę.
MM: Jest was w zespole siedmiu. Jak z perspektywy Twoich 23 lat w zespole zmieniła się jego wewnętrzna dynamika?
SG: Rozdzieliłbym ten czas na dwa zespoły. Pierwszy to ten, do którego dołączyłem, a drugi to właśnie ten powrotny z Kaiem i Michaelem. Różnica pomiędzy nimi jest taka, że w pierwszym doszliśmy do momentu, w którym potrafiliśmy odgadnąć samopoczucie każdego członka zespołu po wyrazie twarzy. Byliśmy naprawdę bardzo zjednoczeni, co przypominało bycie w rodzinie. Wiedzieliśmy też, czego możemy od siebie oczekiwać, kiedy pisaliśmy wspólnie piosenki i tworzyliśmy albumy. A potem ten nowy-stary zespół stał się czymś innym. Jeśli masz siedmiu członków zamiast pięciu, każdy musi zrobić krok wstecz, by dać przestrzeń dla innych. To było coś nowego, bo musisz się jeszcze przyzwyczaić do charakteru każdego nowego członka zespołu… W piątkę wiedzieliśmy, jak prowadzić ten band. A kiedy masz dwóch ludzi więcej w zespole… Michael Kiske w ogóle mnie nie znał ani ja nie znałem jego. Musieliśmy się najpierw poznać. Teraz wszystko jest już bardziej jednolite w zespole. Poza tym teraz są inne czasy. Koncerty są większe, co jest fantastyczne. Nasi starzy fani z lat 80. wracają też na koncerty ze swoimi dziećmi, a nawet wnukami. Teraz czuje się, że mamy zespół, na który przychodzą trzy generacje widzów. To jest niesamowite, więc czuję się ogromnie wdzięczny za to.
MM: Czy ktokolwiek w tej chwili dominuje w zespole, czy nie, czy nie masz takiego wrażenia?
SG: Nie, nie, nie. Jeśli masz w zespole artystów, z których każdy ma coś do powiedzenia, oczywiście może wywołać to napięcie. Ale my w ogóle nie mamy tego jako zespół. Mamy unikalny core, wokół którego działamy i wszyscy się w tym wspierają. Nie ma lidera – bardziej chodzi o to, co możemy wspólnie dać jako grupa. To przypomina bardziej społeczność, która, która robi muzykę. U nas to widać tym bardziej, bo każdy z nas jest autorem piosenek. Zazwyczaj w zespołach jest tak, że jedna albo dwie osoby w nim bywają liderami i piszą piosenki. A w Helloween, każdy może pisać piosenki – to nie jest niemożliwe.
MM: 28 października zagracie katowickim Spodku. To hala, która z zewnątrz wygląda jak statek kosmiczny. Czy możesz mi coś powiedzieć o tym, jak będzie wyglądała produkcja, czy jest za wcześnie na to?
SG: Jest za wcześnie, ponieważ nadal pracujemy na tym. Na pewno będzie coś innego niż, jak w starych 80. ściana Marshalli i tak dalej. Na pewno będą ekrany LED i dużo dyń (śmiech).
MM: A co z Twoim solowym projektem Palast?
SG: To projekt, który powstał w pandemii, a później po prostu nie znalazłem czasu, żeby kontynuować, ponieważ z Halloween od razu ruszyliśmy w trasę po pandemii, a potem nagrywaliśmy płytę. Ale myślę, że znajdę trochę czasu w przyszłym roku, kiedy będziemy mieli dłuższą przerwę od tras koncertowych i będę kontynuować działania solowe.
Rozmawiał:
Maciej Majewski












